Alicja i Jacek Hałasowie Złocieniec 27 października 2016

Dom Tańca w Złocieńcu

27 października 2016r.

 

Na pierwszym spotkaniu z animatorami Bardzo Młodej Kultury Jacek Hałas oczarował uczestników doszczętnie, podobnie jak tysiące innych Polaków z lubością poddających się jego uśmiechniętemu, bezsłownemu, dowcipnemu i empatycznemu terrorowi harmonijnego ruchu, rytmu i muzyki. Pojawił się pomysł, by sprawdzić, jak Mistrz radzi sobie z zupełnie czym innym zainteresowaną … młodzieżą. Czy współczesne nastolatki znajdą przyjemność w archaicznym  „Zasiali górale”? Czy rytmiczne powtarzanie kilku sekwencji kroków i gestów wywoła u nich uśmiech czy raczej zniechęci, bo „trudne i bez sensu”? Czy tańce korowodowe ucieszą ich , czy przeciwnie – znudzą? Nikt z nas nie wiedział, jaki będzie finał eksperymentu, ale chętnie się mu poddaliśmy. Chociaż może był ktoś, kto wiedział – Jacek. Alicja, jego żona, współprowadząca zajęcia, też.

 

 

W złocienieckiej sali pojawił się kilkudziesięcioosobowy, wielopokoleniowy tłum. To dla nas nowość, bo do tej pory pracowaliśmy tylko z grupą dorosłych animatorów. Teraz pojawiły się nastolatki z miejscowej grupy teatralnej i dzieciaki z podstawówki, byli też ciekawi świata i żądni wrażeń seniorzy. Co cieszy – przyszli też ci, którzy o EKDUSie sporo słyszeli i rozważają możliwość dołączenia do tej ambitnej i pracowitej niezwykle drużyny. Wszystko pięknie, ale czy te zróżnicowane nie tylko pokoleniowo grupy da się w czasie zajęć połączyć? Czy potrafimy się razem bawić? Różnice doświadczeń, poczucia rytmu i preferencji muzycznych, a choćby i fizycznych możliwości, staną się przeszkodą, czy raczej motywacją i wyzwaniem? Jakoś trudno było zapałać entuzjazmem na początku spotkania.

Wątpliwości poszły w kąt, gdy tylko pojawili się Alicja i Jacek Hałasowie. Rozchichotany i rozedrgany sprzecznymi emocjami krąg  szybko się wyciszył, ulegając potędze autorytetu pogodnie uśmiechniętego, skromnego wręcz prowadzącego. Czary jakieś, czy co? Powolutku, krok za krokiem, budujemy zrytmizowaną mandalę jedności w działaniu, chociaż celu nikt nie określa, nie nazywa metod ani „rezultatów twardych i miękkich”, jak to zwykle w projektach bywa. Powolutku, krok za krokiem z kilkudziesięciu inności jakimś tajemniczym sposobem tworzymy całość, możliwą do zaakceptowania przez wszystkich. Szukamy, mylimy się i potykamy, jak to w tańcu, jak to w życiu. Krok za krokiem, powtórka z powtórką, coraz spokojniej, coraz pewniej, coraz pogodniej. Nie jest tak źle. Dzieci, nastolatki, dorośli, seniorzy – wszyscy opanowujemy proponowane układy kroków i figur, chociaż każdy trochę na swój sposób. Nie szkodzi, mamy prawo się różnić, a ten, kto lepiej sobie radzi z rytmem, swoją pewnością i zdecydowaniem pomaga tym, którzy się gubią. Razem z rumieńcami fizycznego wysiłku  zakwitają nam na twarzach uśmiechy satysfakcji. Dajemy radę!  Nawet z pozoru niewykonalny układ o wiele mówiącej nazwie „Baran” zakończyliśmy entuzjastycznie. Naprawdę się bawimy! 

 

 

Podejmując kolejne korowodowe wyzwania myślimy o tym, czego tu doświadczamy, a co jest daleko więcej niż tańcem. Zastanawiamy się, jak to się stało, że przestaliśmy wierzyć w możliwość odnalezienia radości w wielopokoleniowych działaniach. Tworzymy środowiskowe grupy, niezwykle aktywne, kreatywne i efektywne, ale pomiędzy nimi przepastne przestrzenie niedowierzania i nieufności. „Żyjemy na archipelagach” – pisał Zbigniew Herbert w „Trenie Fortynbrasa”. Dobrze się na nich czujemy, mamy dużo wody, powietrza i światła. A kiedy taki archipelag zderzy się jakoś, czy to w tańcu,  czy przy świątecznym stole, czy innym wspólnym… wysiłku, odkrywamy, że coś ważnego zgubiliśmy, coś, za czym tęsknimy podświadomie, chociaż już trudno nam to nazwać. Bliskość? Za mało. Miłość? Och, zbyt patetycznie. Coś, co piękne i dobre, co kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy ludzie żyli, tańczyli i śmiali się razem. 

Zaraz, zaraz – a jak brzmią ostatnie słowa skrótu EKDUS?