Weronika Fibich, Marek Kościółek - Szczecin - 25 - 26 czerwiec 2016

fot.Joanna Olejniczak
fot.Joanna Olejniczak

         Miasto, upał od rana, hałas, samochody, osaczający ruch – koszmar. Schronienie daje nam piękna, stuletnia kamienica, gościnna, przestronna i przyjemnie chłodna. Na górze pokoje dla nocujących, na dole kuchnia do samodzielnego zagospodarowania, sale zajęciowe, stare, drewniane schody. Już lepiej. Dzielimy się na dwie grupy i do boju. Naprawdę chętnie. 

        Podążamy najpierw za Weroniką Fibich z Teatru Kana, która zapowiada działania wokół pamięci. To ciekawe, że w ostatnio tak dużo działań artystycznych się do niej odwołuje, choć można odnieść wrażenie, że zwariowany świat popkultury nastawiony jest ewidentnie na wygodne i bezstresowe tu i teraz, na „Juhu i do przodu!”. Ale czy bez świadomości tego, co przeżyliśmy my albo nasi bliscy uda się budować teraźniejszość spokojną i dobrą? I ruszać odważnie w przyszłość? Czy udawanie, że minione zarówno złe, jak i dobre zdarzenia nie istnieją, pomaga nam lekko tworzyć codzienność, czy raczej ją wykrzywia i koślawi? Wygląda na to, że z Weroniką czeka nas wiele chwil refleksji. 

     Poznajemy się i uruchamiamy swoją kreatywność poprzez zadania. Na przykład – guzik. To, co dzięki doświadczeniu i czujności Weroniki się z nim dzieje, zostanie w nas długo, wielokrotnie będziemy wspominać ten cykl ćwiczeń na kolejnych spotkaniach.  Określenie go jednym słowem, opisanie pozytywne i negatywne, anons matrymonialny guzika, nekrolog guzika, list gończy za guzikiem-przestępcą, guzik jako towar pożądany i kwestionowanie prawdziwości jego prezentacji. W końcu siadamy w kręgu, ktoś wypowiada jedno zdanie zainspirowane trzymanym w dłoni guzikiem, kolejne osoby powtarzają to, co usłyszały i dokładają swoją część opowieści, modyfikując, tworząc zwroty akcji, wracając do porzuconych wątków. Na przykład tak: „Wymarzyła sobie biały płaszcz z miękkiej wełny…” I opowieść się toczy, przetacza raz szybciej, raz wolniej przez zakamarki naszych przeżyć, różnych wrażliwości, zasobu słów i doświadczeń literackich. Słuchamy się nawzajem, coraz odważniej wyrażamy własne pomysły, nawet jeśli zmieniają one radykalnie wcześniejszą narrację. Mówimy po swojemu, choć w grupie, nie wyrzekając się siebie snujemy niejednorodną, ale jednak jakoś wspólną historię, niekoniecznie o guziku, a nawet już bardzo daleko od niego.  Niechcący ( może chcący?) powstaje subtelna metafora ludzkich działań w ogóle i naszych, ekdusowych, też. A jeszcze miesiąc temu, gdy Jacek Hałas zaproponował podobne zadanie (wtedy próbowaliśmy opowiadać bajkę) ponieśliśmy fiasko, bo nastawienie grupy było zupełnie inne. Wtedy chodziło większości z nas o zabawę, a dziś już rozumiemy i chcemy o wiele więcej.  „Bądź uważny, pełen pasji/ dobra nasza/ gwiżdżą ptaki/ i tego trzymać się trzeba” pisał kiedyś Edward Stachura.  Powoli dopisujemy i my swoje wersy do jego piosenki.

fot.Joanna Olejniczak
fot.Joanna Olejniczak

 

Weronika prowadzi nas naszymi własnymi ścieżkami pamięci. Z zamkniętymi oczami rysujemy na kartkach linię naszej drogi do dzisiejszego spotkania, po chwili wytyczamy ten sam szlak w przestrzeni sali, przemierzamy go wielokrotnie w milczeniu i zamyśleniu, wędrujemy po ważnych miejscach naszego życia, konfrontujemy nasze ścieżki z innymi, spotykamy się lub nie, wszystko w sobie, w ciszy, choć z zaakceptowaną obecnością wielu innych osób. Czasem się do tych naszych miejsc i zdarzeń uśmiechamy, czasem przyspieszamy nerwowo, czasem napinamy mięśnie i zaciskamy dłonie, czasem wyciągamy ręce ku górze i niemal tańczymy. Nikt nie komentuje, nie mamy takiej potrzeby. W końcu wychodzimy poza budynek, by te same ścieżki wytyczyć w przestrzeni miasta, na ulicy ze światłami, samochodami, straganami i przechodniami. To trudne i nieprzyjemne. Nasza pamięć najwyraźniej nie lubi miasta. Znowu jakaś metafora? Tylko co z nią zrobić? 

     Na kolejne spotkanie Weronika Fibich zaplanowała opowieści częściowo filmowe. Oglądaliśmy reportaże z realizacji kilku jej projektów poruszających problematykę pamięci. Przesiedleńcy w Szczecinie, ich domy, mieszkania, stół i kawałek tapety wywołują obrazy przeżyć sprzed lat, bardzo silnych emocji, które nie mogą pozostać bez wpływu na codzienność po kilkudziesięciu choćby latach. Dzieciaki z maleńkiej wsi odnajdują zaskakująco silną więź ze swymi dziadkami, rodzicami i sąsiadami poprzez przedmioty znalezione na strychu starej, nieczynnej już szkoły. Seniorzy i ich radość tworzenia i pracy w społeczności. Przyglądamy się zamkniętym już projektom Weroniki i otwieramy je od nowa w realiach naszych miasteczek i okolic, w wyobraźni projektujemy ich realizację tam, gdzie jesteśmy, gdzie są ludzie bliscy nam, tak podobni do tych z reportaży. Pamięć po raz kolejny staje się kluczem nie zamykającym, lecz otwierającym.

     Swoistym przedłużeniem, a właściwie kolejnym etapem tych warsztatów jest spektakl, na który zaprasza nas Teatr Kana. Pewien Amerykanin odkrywa swoje żydowskie korzenie i postanawia wraz ze swoją matką wyruszyć do Polski, skąd ich rodzina pochodzi. Oglądamy świetne, zabawne i refleksyjne widowisko, przekonując się po raz kolejny, jak odkrywanie i wpuszczanie do swojej świadomości pozornie minionych faktów potrafi dopełnić nas, załatać emocjonalne dziury, wygładzić czoło i rozjaśnić spojrzenie. Po spektaklu długo jeszcze rozmawiamy z bohaterami – aktorami nie tylko o nich. O sobie też.

     Wieczorem znajdujemy jeszcze chwilę na omówienie ważnych ekdusowych spraw. Józef Szkandera umiejętnie prowadzi nas przez zawiłości podsumowań i planów, warsztatowymi, skutecznymi metodami wyciąga z nas zarysy regulaminów i priorytety, którymi chcemy się kierować przy realizacji naszych inicjatyw. Wychodzi na to, że interesuje nas przede wszystkim kształtowanie w naszych młodych podopiecznych kreatywności, odwagi wyrażania siebie, pracy w zespole i empatii. Ciekawe, że to samo moglibyśmy powiedzieć o sobie samych… 

     W Szczecinie pracowaliśmy też kilka godzin ze znanym nam już Markiem Kościółkiem. Temperamentny Człowiek Teatru  Wszelakiego tym razem zaproponował łagodniejsze w wyrazie, choć wymagające odwagi i kreatywności działania niemal sceniczne. Oparte na dramie zadania pozwalały wykorzystywać predyspozycje członków zespołu, przepracowywać słabości i dokomponowywać refleksyjne już, duchowe ornamenty. Jak on to robi? Świdruje nas tylko tym swoim diaboliczno- anielskim spojrzeniem, rzuca trzy słowa pantokratorskim tonem i wygładza wszystko tajemniczym uśmiechem. A my? Rozkwitamy. Budujemy minispektakle, którym sami nie możemy się nadziwić, improwizujemy, reagujemy na scenicznych partnerów, tańczymy poloneza na szczecińskiej ulicy, wspieramy się dobrym słowem. 

„Słupy oczu zapatrzonych,/ bicie powiek zadziwionych,/ święty ruch…” – to też Stachura. I trochę my. Dzięki!

 

Alina Karolewicz