Jacek Hałas, Marek Kościółek - Złocieniec - czerwiec 2016

Po trzech tygodniach zachodniopomorska ekipa ekdusowa znów spotyka się w Złocieńcu. Tym razem nie spodziewamy się dyskusji, bo zarządzono strój sportowy, a przestrzenią działań była niewielka salka gimnastyczna miejscowego gimnazjum. A więc trochę ruchu? Chętnie.

Jacka Hałasa  tylko niektórzy z nas poznali na wcześniejszych artystycznych wędrówkach, pozostali jak zwykle gotowi byli na każde wyzwanie. I słusznie, bo Mistrz działał cokolwiek niestandardowo. Broń Boże nie siadamy. Stajemy. W kręgu. W milczeniu. Jak się okazuje, strasznie trudno je utrzymać, bo nastawieni na zabawę uczestnicy chichoczą, pomrukują, próbują komentować i coś dopowiadać. 

fot.Beata Borzeska
fot.Beata Borzeska

Jacek konsekwentnie milczy, choć cały czas się uśmiecha. Cały czas! Dzięki temu skupia na sobie uwagę rozbrykanej nieco gawiedzi, sprawia, że słuchamy jego bezsłownych sugestii, bo przecież to, co robi, nie jest ani poleceniem, ani zadaniem. Może – co najwyżej – propozycją. W ciszy więc Mistrz Jacek pokazuje gesty, ruchy, miny, które powtarzamy, czasem modyfikujemy. Powoli wyciszamy się i my, stajemy się czujni, otwieramy nasze zmysły na nową przygodę. Wychodzimy z bezpiecznej przestrzeni „ja”, by ją rozbudować, rozszerzyć, rozjaśnić nowymi barwami. A Jacek od zabawnych gestów przechodzi do kroków jakby korowodowych, powtarzanych jak fala, rytmicznie, w parach, w czwórkach. To nastawia naszą uwagę na sąsiadów, partnerów w zabawie, każe czuć cię odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale i za grupę, która ponosi konsekwencje naszych pomyłek. Na przykład klaszczemy rytmicznie, uderzając dłońmi kolejno o uda, brzuch i dłonie. Ćwiczymy koncentrację, szybkość reakcji i rytmiczność ruchu, ale śmiechu przy tym co niemiara.

fot.Beata Borzeska
fot.Beata Borzeska

I tak bawimy się kilka godzin. W końcu siadamy w kręgu, a jakże, tyle że na podłodze, Jacek bierze lirę korbową ( niektórzy z nas widzą ją pierwszy raz w życiu) i intonuje prostą piosenkę. 

 

Stworzona jest koza, żeby gruszki strącać.

Koza nie chce gruszek strącać, gruszki nie spadają. 

 


Szybko orientujemy się, że chodzi o to, by układać kolejne zwrotki po swojemu. Pierwsi odważni śpiewają, wydłużający się w humorystyczną nieskończoność refren powtarzają już wszyscy. Zabawa przednia. Zabawa? 

Ludowy taniec do piosenki „Zasiali górale” pamiętają wszyscy, którzy chodzili do przedszkola. Zainspirowani przez grającego teraz na małej harmonii i jednocześnie tańczącego Mistrza trójkami wywołujemy z pamięci taneczne ruchy, pląsamy coraz odważniej, wirujemy, tworzymy coraz bardziej skomplikowane układy. Skąd to w nas? Przecież tak naprawdę „nie umiemy”, nie robiliśmy tego co najmniej od dwudziestu – trzydziestu lat, to chyba niemożliwe, żebyśmy bez przygotowania odtworzyli (stworzyli?) tyle figur. A Jacek tylko się uśmiecha i już proponuje „Barana”. No, to doprawdy mistrzostwo świata. Od prostych trójkowych figur w ciągu kilkunastu minut dochodzimy do monumentalnego układu choreograficznego, którego finał zaskakuje prostotą i wielkością. A więc niemożliwe nie istnieje? Tańczymy jak nie przymierzając „Mazowsze”, choć kilka godzin temu byliśmy dwudziestoma kilkoma osobnościami? Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!

Jacek Hałas kończy swoją część warsztatów ćwiczeniem podobnym do tego, którym zaczynał. W milczeniu inicjuje ruch w kręgu. Tym razem jednak cisza jest wręcz magiczna, skupienie aż pulsuje chęcią współpracy, a do tego wszyscy, ale to wszyscy  refleksyjnie się uśmiechają. 

Po przerwie do akcji wkracza Marek Kościółek. Jego wulkaniczna energia i diaboliczne nieco, łobuzerskie spojrzenie to zupełnie inna, choć niezwykle fascynująca bajka. Ruch, nagłe zwroty akcji, niespodzianka i poczucie humoru zdają się być hasłami przewodnimi zajęć opartych na wprawkach wywodzących się z teatru. Taka forma większości z nas niezwykle przypada do gustu, ale jest też grupka uprzejmie wykonujących zadania, choć bez 

 

fot.Beata Borzeska
fot.Beata Borzeska

entuzjazmu. Nie ma jednak co marudzić ani z boku obserwować szaleństwo Kościółkowych propozycji, bo wszyscy chcemy się rozwijać. Kto dziś daje taką możliwość dorosłym, wykształconym ludziom, latami zajmującym się pracą z młodzieżą? Zwykle wymaga się od nas kompetencji i  stuprocentowego zaangażowania, poprzeczkę stawiając coraz wyżej, a nie bierze się pod uwagę faktu, że i my mamy prawo nie wiedzieć i nie umieć wszystkiego. Na ekdusowych warsztatach wychodzimy ze złudnego kokona samowystarczalności , spotkanie za spotkaniem uczymy się polegać na innych, dzielić się odpowiedzialnością, wyrażać niezadowolenie czy radość zwyczajnie, po ludzku, niekoniecznie w formie „sprawozdania z realizacji działań”.

fot.Beata Borzeska
fot.Beata Borzeska

Zwykle proponowaną formą prezentacji uczestników jest siedzenie w kręgu i kolejne mówienie kilku zdań o sobie. Ale nie tym razem. Marek zarządza (tonem nieznoszącym sprzeciwu!) przygotowanie dwuminutowych dwuosobowych scenek opartych na naszych codziennych czynnościach, przy czym na ich przygotowanie mamy też jakieś dwie minuty. Efekty       oglądamy    w     luźnym     porządku,

w    dowolnie    przez    Marka     wyznaczonym 


momencie zajęć, przy czym nikt nie wie kiedy to się stanie. To ekscytujące. Trzeba błyskawicznie dowiedzieć się czegoś o partnerze i zbudować z tego sceniczną historyjkę. Widzowie też mają zadania spontanicznie rzucane przez Wodza – nadać scence trzy tytuły, zrecenzować, powiedzieć, co przykuło uwagę albo zagrać to samo, ale w kilkakrotnie przyspieszonym tempie. Bawimy się znakomicie, ucząc się siebie jakby po drodze. Innym razem stajemy przed poważną trudnością, choć z pozoru to łatwizna. Każdy z nas ma przez kilka minut snuć opowieść o sobie, krążąc przed siedzącymi w kręgu kolegami i PATRZĄC IM W OCZY! To niewiarygodne, ale takie proste zadanie wywołuje w nas potwornie silne emocje. Nie po raz pierwszy przekonujemy się, że mówienie publiczne nie jest naszą mocną stroną, a co dopiero mówienie o sobie! I to kto? My, którzy całe życie pracujemy z ludźmi. Ciekawe, choć niezbyt miłe doświadczenie.  A co z rywalizacją? Walką o swoje? W dodatku w zespole?  W stresie? Tego dotyczy jedno z zadań. Połowa z nas chowa się w najdziwniejszych zakamarkach obiektu, druga połowa szuka. Wszystko na czas – siedem minut i w atmosferze pokrzykiwania i popędzania przez prowadzącego. Wiemy oczywiście, ze to zabawa i teatr, ale emocje są prawdziwe i mocne. Nie do końca przyjemne. Cały Marek. 

Ostatnie zadanie także jest prawdziwie Kościółkowe –  refleksyjne, wymagające kreatywności, szybkości reakcji, ale też pokory wobec siebie samego. Dostajemy kartki z dwiema krzywymi liniami. W ciągu dwóch minut mamy z nich zrobić dowolny rysunek. Oddajemy. Rozkładamy prace na podłodze i oglądamy. Potem kolejno omawiamy, nie wiedząc kto je wykonał. Co widzimy? Jaki to człowiek? Co mówi o nim ten spontaniczny rysunek?  Mówimy o innych, ale też słuchamy  tego, co inni mówią o nas. To także nie jest łatwe. Czasem jak krzywe lustro, czasem jak krystalicznie czyste, bo obraz zamyka się w kilku słowach. Zamyślamy się skonsternowani. A Marek kończy zadanie zakazem zdradzania który rysunek jest czyj. Podstępna bestia!

To czerwcowe spotkanie na długo w nas zostanie. Rozbudzone emocje i obrazy wieziemy ze sobą, w swoje codzienne światy. Radość wspólnego tańca i dyskomfort rywalizacji, skupione na nas oczy błyskotliwie inteligentnej grupy i bezpieczeństwo dowcipnej zabawy w gronie mało w sumie znających się, ale już bliskich sobie dorosłych to niebanalne doświadczenia. Pokonywanie własnych ograniczeń i poczucie nieistnienia niemożliwości też. Bezcenne.

Alina Karolewicz

 

Galeria