Adam Pioch - Szczecin - 21 - 22 października 2016

 

Adam Pioch    21-22 października

Podobno  ludzie  najbardziej  boją się śmierci i wystąpień publicznych. A nam, animatorom działań kulturalnych i społecznych nie wolno się bać. Mamy być nie tylko wielopłaszczyznowo utalentowani i nieustannie rozentuzjazmowani, mamy też bez mrugnięcia okiem poprowadzić nie tylko zajęcia, ale każdą imprezę w szkole, domu kultury, dzielnicy czy gminie. Stanąć przed tłumem i mówić tak, by setkom ludzi chciało się słuchać i oglądać to, co im zaproponujemy. Ba! 

Jak to dobrze, że ktoś pomyślał o naszych potrzebach i, nie ukrywajmy, niedoskonałościach. Jak dobrze, że tym razem możemy usiąść po tej drugiej stronie sceny i posłuchać kogoś, kto na pewno wie, jak to się robi. A poobserwowawszy Mistrza może i my pozbędziemy się tego paraliżującego lęku, który wykręca nam nogi, obezwładnia i usztywnia ręce, jęczy „yyyyyy” (podobno to oznaka namysłu) i w ogóle sprawia, że uciekamy sprzed widowni najszybciej jak to możliwe. Bo oto stoi przed nami spokojny, elegancki mężczyzna, uśmiecha się nieznacznie i patrzy na nas jakby indywidualnie, z osobna na każdego i razem też. Jedna ręka w kieszeni, że niby taka nonszalancja, druga pozwala sobie na swobodne, jak się później okazuje przemyślane i wystudiowane życie. Jego opowieści zachęcają do podjęcia wyzwania, więc próbujemy. Hasło – samolot. Ktoś spontanicznie mówi „Świetny temat” i już ląduje na scenie. „Ląduje” to za dużo powiedziane. Na razie staruje, krąży bardziej we mgle niż w obłokach zaciekawienia i szybko wraca, nie wznosząc się zbyt wysoko. Ale brawa już są, wpierający uścisk dłoni i dobre słowo prowadzącego dają siłę kolejnym śmiałkom. Poznajemy swoje głosy, sylwetki sceniczne, osobowości, sposoby mówienia i reagowania na stres wystąpienia. Jesteśmy różni, ale w bardzo interesujący sposób, bo, jak się okazuje,  to właśnie jest swoistym kluczem do uwagi odbiorców. Nie wystudiowana jednakowość, tylko indywidualność, coś specyficznego, wynikającego z doświadczeń całego życia, zainteresowań, ale też temperamentu i sposobu reagowania na świat.  Mimo wielu jeszcze słabości , nazwijmy to – technicznych, słuchamy się wzajemnie w skupieniu, pozwalamy się ponieść meandrom opowieści, a zamiast krytycyzmu, którego wszyscy się podświadomie baliśmy, odczuwamy życzliwość i ochotę do wspierania mówiącego. Patrząc na innych, wyciągamy wnioski i powolutku budujemy swój sceniczny dekalog. Swój. Bo przecież każdy z nas czuje, że ręce mu chodzą nie tak, że oczy w czasie wystąpienia błądzą nie wiedzieć gdzie, zamiast budować kontakt, że słowa biegną za szybko albo przeciwnie - pauzy namysłu zbyt się rozlewają po przestrzeni opowiadanej historii. Nie bez znaczenia są też nieliczne, niestety, informacje zwrotne, które otrzymujemy od grupy i od prowadzącego. Szkoda, że jest ich tak mało, bo w zasadzie po nie tu przyszliśmy. Ale, jak powiadali dawni Polacy, „Mądrej głowie dość dwie słowie”, więc z godziny na godzinę dowiadujemy się więcej. Najwięcej przez działanie. Slajdy i multimedialne prezentacje jakoś nas tylko przygnębiają… Znakomicie natomiast czujemy się w akcji, gdy na przykład prowadzący każe rzucić kości opowieści (story cubes) i tak losowo ustalić słowa-klucze kilkuminutowego wystąpienia.  Ukoronowaniem naszych poszukiwań najbardziej sensownej formy warsztatowej edukacji było zadanie polegające na przygotowaniu prezentacji scenicznej koleżanki lub kolegi. W ciągu kilkunastu minut należało zebrać informacje o człowieku i imprezie, w czasie której występujemy oraz opracować oszałamiające wystąpienie, które by jednak nie przytłoczyło gwiazdy. Czyli tak, jak w życiu animatora – szybko, kompetentnie, skutecznie i do tego atrakcyjnie. Uch, nie było łatwo!  Ale za to jak ekscytująco! Oglądaliśmy się nawzajem z  ogromnym zainteresowaniem, ucząc się jednocześnie i widząc, jakie postępy zrobiliśmy w ciągu kilku  zaledwie godzin. Ale z poczucia już niemal euforycznego samozadowolenia wytrąciła nas prezentacja, którą też spontanicznie przygotował sobie w kąciku Adam. To dopiero była klasa mistrzowska! Wbici w niewygodne krzesła nie daliśmy jednak zgasić naszego entuzjazmu, bo, nie wiedzieć czemu, poczuliśmy wtedy, że i my tak kiedyś będziemy mówić. To niewiarygodne, ale tak właśnie było.  Lata doświadczeń Adama w tej małej pigułce stały się dal nas zastrzykiem wiary w siebie i chęci ponoszenia trudów dla osiągnięcia tak spektakularnych efektów. Czyż nie o to chodzi w naszych ekdusowych wędrówkach?

Teraz już spokojniej przyjmujemy uwagi, a nawet sami i nie prosimy. Kto z was wie, jak zrzucić 10 kilogramów?- pyta prowadzący. Wszyscy to wiemy, ale niewielu to się udaje przeprowadzić. Jeśli nie ZASTOSUJESZ wiedzy, nie osiągniesz sukcesu – kontynuuje Adam. A my wzdychamy ze zrozumieniem i ruszamy do kolejnego zadania. Już wiemy, że rozwój jest poza strefą komfortu, że trzeba gromadzić w szufladach umysłu setki pomysłów, by w razie potrzeby szybko wyjąć stamtąd ten jeden odpowiedni i że nasz wewnętrzny korektor powinien ustąpić miejsca mistrzowi pióra, fantazji i kreatywności.  Wielu rzeczy jeszcze nie wiemy… Pewnie przyjdzie nam samodzielnie do tej wiedzy dochodzić. Widząc metamorfozy, jakie przechodzą uczestnicy warsztatów podświadomie poprawiamy swoje niedoskonałości, a przynajmniej mamy takie silne postanowienie. A do domu zabieramy pewność, że nasze wewnętrzne demony straszą tylko nas. Te dotyczące wystąpień publicznych szczególnie. 

Alina Karolewicz